OGOŁOCIŁ SAMEGO SIEBIE

wdrodze-specjalny-2014

 (specjalny, świąteczny więc darmowy, numer miesięcznika "W drodze 2014")

bp Grzegorz Ryś

Bóg ma dość pokory, by się odważyć na wcielenie, by wyjść ze swojego bezpieczeństwa.

Namysł nad tajemnicą wcielenia ma wiele poziomów. Jest w nim miejsce na jasełkową rubaszność, radość, a nawet pełne użalenia się współczucie. Jest doświadczenie jedności i deklaracja bliskości, zawarta w znaku łamanego chleba. Jest także powód do zachwytu pogłębionego wnikliwą refleksją teologiczną i mistyczną medytacją. W tym ostatnim wymiarze bardzo pomocne mogą być nowotestamentalne hymny zawarte w pismach św. Jana i św. Pawła. Dajmy się poprowadzić jednemu z nich – Hymnowi o kenozie Słowa otwierającemu drugi rozdział Listu do Filipian (2,5–11): Ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi (…) Uznany za człowieka, uniżył samego siebie.

Odwaga pokory

Pamiętam swoje pierwsze zdziwienie tym tekstem: „Uniżył samego siebie”? Jak to?! Skąd taka intuicja? Cóż poniżającego jest w byciu człowiekiem? Czy bycie człowiekiem jest upokarzające? (w łacińskiej wersji hymnu pada tu słowo humiliavit – w pierwszym znaczeniu: „upokorzył”, a w przenośni wręcz „zrównał się z ziemią”, humus to ziemia). Czyż człowiek nie jest najdoskonalszym dziełem Boga? Czy Boga poniża zjednoczenie się ze swoim własnym arcydziełem? Czy człowiek nie brzmi dumnie? Czy bycie w pełni człowiekiem nie jest raczej tytułem do chwały? Czy nie przynosi nam doświadczenia radości? Poczucia siły?! Upokorzenie?
A jednak! Wcielenie ZAWSZE jest upokorzeniem: wymaga pokory! Każdy zamysł – gdy tylko zostanie wcielony, a więc wprowadzony w życie, zrealizowany – ZAWSZE okazuje się mniejszy niż jego planowana wersja. Dom – postawiony po wielu latach planowania, oczekiwania i wysiłku – zawsze jest mniejszy niż noszone o nim przed laty marzenie. Co więcej: nierzadko – jeszcze nieskończony – już w niektórych swoich elementach domaga się remontów. Każda rozprawa naukowa może stać się przedmiotem słusznej (!) krytyki już w dniu jej publikacji i nawet autor – jeśli ma w sobie choć odrobinę pokory – potrafi wskazać, w którym miejscu się zatrzymał z kwerendą, które z jego pytań pozostały bez odpowiedzi, a których jeszcze w ogóle nie miał odwagi zadać… Każde dzieło ewangelizacyjne – od zbiórki ministrantów począwszy – może się okazać mniejsze od zamierzonego: przyszło pięciu, a nie piętnastu; bardziej interesowała ich na początku piłka nożna niż objaśnianie znaków liturgii, a na rekolekcje wakacyjne pojechał ostatecznie jeden. Czy warto było? Budować, pisać, ogłaszać drukiem, poświęcać czas i środki?
Oczywiście, że tak! Owocem tej pracy jest rzeczywisty dom, a także książka i mała wspólnota formacyjna. Za każdym razem jednak warunkiem ich powstania była odwaga pokory. To, co wcielone, JEST! Nie jest marzeniem. Jest WYDARZENIEM!
To samo dotyczy Wcielenia Słowa – wielkiego wydarzenia, w którym Bóg staje się człowiekiem. Nie można przecież stać się „człowiekiem w ogóle”. „Człowiek w ogóle” nie istnieje. Istnieją tylko konkretni ludzie – urodzeni w konkretnym czasie i miejscu, wychowani w konkretnych warunkach, wykształceni zgodnie z osiągniętym w ich środowisku poziomem wiedzy i kultury. To nie może nie być upokarzające dla Boga, gdy staje się Jezusem z Nazaretu. Czy to nie jest upokorzenie, gdy Wszechwiedzący Bóg, stając się Człowiekiem, wie o astronomii mniej niż dzisiejszy przedszkolak?
A jednak! To nie wcielenie, lecz jego alternatywa jest rzeczywistością przerażającą! Świetnie to ujmuje papież Franciszek w swojej adhortacji Evangelii gaudium:

„Niebezpiecznie jest żyć w królestwie samego słowa, obrazu, sofizmatu. Stąd wniosek, że należy postulować zasadę: rzeczywistość przewyższa ideę. Zakłada to unikanie różnych form zasłaniania rzeczywistości: angelicznych puryzmów, totalitaryzmów, relatywizacji, deklaratystycznych nominalizmów, projektów bardziej formalnych niż realnych, antyhistorycznych fundamentalizmów, intelektualizmów pozbawionych mądrości. Funkcją idei – opracowania konceptualnego – jest uchwycenie, zrozumienie rzeczywistości i kierowanie nią. Oderwana od rzeczywistości idea rodzi odrealnione idealizmy i nominalizmy, które jedynie starają się ją klasyfikować i definiować, ale jej nie kształtują. To, co angażuje i pociąga, to rzeczywistość oświecona rozumowaniem. (…) Na różne sposoby manipuluje się prawdą, podobnie jak gimnastykę zastępuje się kosmetyką. Są politycy – a także przywódcy religijni – którzy pytają, dlaczego lud ich nie rozumie i nie idzie za nimi, skoro ich propozycje są tak logiczne i jasne. Prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że usadowili się w królestwie czystych idei i sprowadzili politykę lub wiarę do retoryki. Inni zapomnieli o prostocie i ściągnęli z zewnątrz obcą i niezrozumiałą dla ludzi racjonalność. Rzeczywistość przewyższa idee. Kryterium to związane jest z wcieleniem Słowa i wprowadzeniem go w życie: »Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga« (1 J 4,2). Kryterium rzeczywistości jest już wcielone Słowo, które zawsze stara się wcielić w konkret naszego życia, co jest istotne dla ewangelizacji. (…) Nie wprowadzać Słowa w rzeczywistość oznacza budowanie na piasku. Opierać się tylko na samej idei to narażać się na zamknięcie w sobie i przyjmowanie gnostyckich poglądów. Nie przynosi to żadnych owoców i czyni jałowym dynamizm Ewangelii”.

Nieco wcześniej papież pisze o „ewangelizatorach”, którzy wyżywają się, tworząc rozmaite „strategie” i „projekty” ewangelizacyjne, i poświęcają im całą swoją energię – tak, że nie starcza im jej już na to, by choć raz wstać od biurka i zająć się… ewangelizacją. W ostateczności jednak tym, co ich wstrzymuje, nie jest brak sił i energii, lecz brak pokory, by się zmierzyć z niedoskonałością zrealizowanego dzieła (tak doskonałego w teorii). Bóg ma dość pokory, by się odważyć na wcielenie, by wyjść ze swojego bezpieczeństwa (papież Franciszek nazwałby je raczej niebezpieczeństwem!).
Ta odwaga i pokora trwa, a mogłoby się wręcz wydawać, że z determinacją „wzrasta” (jeśli Bóg może mieć w sobie doświadczenie wzrostu i zmiany): dziś bowiem „ciałem” Boga nie jest doskonałe człowieczeństwo Jezusa z Nazaretu, lecz Kościół – momentami porażająco grzeszny w swoich członkach. To jest dopiero prawdziwa KENOZA Boga – przyjmować ciało nie z niepokalanej Dziewicy Maryi, lecz z „czystej Nierządnicy” (casta Meretrix) – jak Ojcowie nazywali Kościół.

Podźwignięty z upodlenia

W swoim uniżeniu Słowo Boga jest radykalne. Mówi o tym jeszcze jedno słowo z przytoczonego Pawłowego hymnu – sługa: ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi. W rzeczy samej chodzi nie tyle o sługę, ile o NIEWOLNIKA (w tekście mamy greckie słowo doulos, a nie diakonos) – a więc o kogoś, kto nie ma żadnych praw; kogoś, kto jest ostatni – jest najniżej: niżej się już nie da. To nie żadna przenośnia czy poetycki koncept – to Słowo wcielone: w krzyżu, który był rodzajem śmierci przeznaczonym dla niewolników. Jezus stał się sługą/niewolnikiem aż do śmierci krzyżowej.
Jest niewolnikiem z przypowieści o zaproszonych na ucztę. W Ewangelii Łukasza czytamy, że Pan aż trzykrotnie wysyłał swego SŁUGĘ NIEWOLNIKA (grec. ton doulon), by zapraszał, a w końcu zmuszał do wejścia (to uderzająca różnica – choć może ktoś powie szczegół – u św. Mateusza w tej przypowieści występuje liczba mnoga: „słudzy”; u Łukasza jest tylko JEDEN sługa/niewolnik: doulos).
Zastanawiałem się ostatnio nad tym, dlaczego Pan posyła niewolnika?! Dlaczego Ojciec posyła (w tajemnicy Wcielenia) swego Syna w postaci niewolnika? Czy nie dlatego, że najważniejszym wymiarem Jego misji jest zaproszenie ubogich, ułomnych, niewidomych i chromych? A więc ludzi doświadczających na wiele sposobów swojej małości, wielorakich ograniczeń i upokorzeń? Ten jednak, który ich zaprasza, czyni się jeszcze mniejszym niż oni. Nie chce, nie potrafi, patrzeć na nich z góry. Nie stawia się ponad nimi! Nie daje im odczuć, jak dalece się zniża. Przyjmuje postać niższego od nich. To jest duchowość każdego, kto chce głosić Ewangelię – nie może tego czynić z wysokości własnej cnoty – tym, którzy „upadli”. Nie ogłosi im Ewangelii, jeśli nie przyjmie, że jest większym grzesznikiem niż oni – i że Bóg go podźwignął z większego upodlenia.

Kochać to, co On kocha

Bycie niewolnikiem jest też radykalną formą BEZINTERESOWNOŚCI. Niewolnik nie ma żadnych praw i nie zyskuje ich żadnym wysiłkiem. Niewolnik się niczego nie dorabia. Kiedy wykona wszystko, co mu zlecono, sam powinien uznać siebie za nieużytecznego (por. Łk 17,10). Nie zdziwi się więc, jeśli – jako nieużyteczny – zostanie wyrzucony (Mt 25,30).
To jeszcze jedno wskazanie dla Kościoła (skoro jest przedłużeniem Wcielenia). I znów, nie chodzi w nim o mało zachęcające moralizatorstwo: „Macie służyć, i tyle!”. Posłuchajmy jeszcze raz papieża Franciszka, który w Evangelii gaudium pisze: Zjednoczeni z Jezusem, szukamy tego, czego On szuka, kochamy to, co On kocha. Ostatecznie to, czego szukamy, jest chwałą Ojca, żyjemy i działamy»ku chwale majestatu Jego łaski« (Ef 1,6). Jeśli zamierzamy oddać się do końca i wytrwale, musimy przekroczyć wszelką inną motywację (podkr. GR).
Wcielenie fascynuje.
I dyscyplinuje.
W obu tych wymiarach uszczęśliwia.

Dodatkowe informacje