Kłopot z adwentem?

 

Kłopot z adwentem?

Ks. Grzegorz Ryś

 

Czego się spodziewamy po przyszłości, my – chrześcijanie? Wymarcia? Zalania przez islam? Postępującej dalej wewnętrznej degradacji aż po brak wyczucia własnej tożsamości? A może po naszej wierze nie spodziewamy się już niczego?

 

Jest wielowymiarowy. Zapewne, nieredukowalny jedynie do obszaru popkultury, świata hipermarketowej reklamy i bożonarodzeniowych jarmarków w każdym większym mieście. W Nowym Jorku, przed Rockefeller Center choinkę już postawiono – lampki zapłoną 30 listopada. Do tego czasu nastrój świąteczny opanuje wszystkie sklepy – nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i u nas: promocje, superoferty, ze wszechobecnym Mikołajem. To przecież główny bohater świąt, z kolędami w najprzeróżniejszych wersjach: ludowej, jazzowej, klasycznej, z tekstem, bez tekstu. Do tego dekoracje: gwiazdy, aniołowie, sanie, renifery, śnieżynki, lampki, choinki, bombki. I prezenty. Prezenty. Prezenty. Od początku grudnia. Cztery tygodnie przed czasem. Dokładnie tyle, ile trwa (trwał?) ADWENT.

 

Nostalgia

 

Można się oburzać. Lepiej jednak chyba zapytać o samych siebie. Może się bowiem okazać, że ów panujący wokół „bez-adwent” przekłada się także na nasze przeżywanie wiary. Wywołuje – oprócz oburzenia – wyłącznie nostalgię za dawnymi czasami. Dawniej to było normalnie! Adwent był czasem niemal pokutnym – duchowo niewiele odbiegającym od Wielkiego Postu. Zatem: umartwienie, wyciszenie, rezygnacja z zabaw, mobilizacja. I RORATY. Droga nad ranem do kościoła. Po ciemku, jeszcze w nocy. Z lampionami. Dzieci, dorośli, młodzież. Wszyscy. W kościele płonąca świeca – znak Maryi. I wieniec z czterema świecami – zapalanymi stopniowo – w miarę wypełniania się czasu oczekiwania… Z pamięcią jeszcze o dawnych zwyczajach – choćby o tym, jak to na roratach przedstawiciele aż siedmiu stanów społecznych zapalali siedem świec, wypowiadając przy tym zdanie: „Jestem gotów na sąd Boży”.

No, tak, ale skąd dzisiaj wziąć takich przedstawicieli?! I jak pogodzić zaproszenie ich na taką liturgię z poprawnym polityczne modelem neutralności wyznaniowej państwa? Więc: nie ma to jak kiedyś!

O taką nostalgię i idealizowanie przeszłości łatwiej tym bardziej, że dzień obecny w ogóle wydaje się nienormalny: coraz częściej czytamy czy słuchamy w mediach o gwałtach dokonywanych na chrześcijanach – o mordach (choćby ostatnio: o 58 chrześcijanach zamordowanych przez Al Kaidę w kościele w Bagdadzie w niedzielę 31 października), a także o dyskryminacji, nietolerancji, profanacjach, o rugowaniu Kościoła z przestrzeni publicznej, z ważnych debat na fundamentalne tematy itd. Widzimy także kierunek przemian społecznych, potwierdzany zapisami prawnymi oraz konsensem medialnym: aborcja, eutanazja, legalizacja „małżeństw” homoseksualnych. Czego właściwie możemy się spodziewać po przyszłości? Czego mamy prawo oczekiwać? Jakie z przyszłością wiązać nadzieje? Czy nie jest tak, że wszystko zdaje się potwierdzać propagowany przez niektórych podział czasu na „normalną przeszłość, nienormalną teraźniejszość i fatalną przyszłość”?

 

Oczekiwanie

 

I tak oto pojawia się pytanie o NADZIEJĘ. O to, czy i czego spodziewamy się po przyszłości, my – chrześcijanie? Wymarcia? Zalania przez islam? Postępującej wewnętrznej degradacji – w kierunku nijakości, braku radykalizmu, nieustannych kompromisów, aż po brak poczucia własnej tożsamości? A może po naszej wierze (i dla naszej wiary) nie spodziewamy się już niczego – poza sympatycznym klimatem i poczuciem zredukowanego do poziomu kultury bezpieczeństwa? Lub (nieco więcej:) kulturowego – narodowego, europejskiego – dziedzictwa? Może stała się jedynie zbiorem ważnych spraw i rzeczy („wartości chrześcijańskich”)?

A przecież są chwile, że nie wahamy się myśleć zupełnie inaczej, według innego klucza – wierząc, że od najwspanialszej nawet przeszłości chrześcijaństwa ważniejsza jest jego teraźniejszość i przyszłość. Wtedy przemawiają do nas z mocą słowa całkiem niedawnych proroków – choćby ks. Aleksandra Mienia, który stanowczo stwierdza: „Historia chrześcijaństwa dopiero się zaczyna. Wszystko to, czego dokonano w przeszłości, wszystko to, co nazywamy obecnie historią chrześcijaństwa, jest zaledwie sumą prób; jedne z nich były niezręczne, a inne nieudane w realizacji”. Wracają też jedne z najbardziej znanych słów ks. Józefa Tischnera z książki Ksiądz na manowcach: „Mam takie przekonanie, iż chrześcijaństwo – Ewangelię – mamy nie tyle za sobą, ile przed sobą”.

Co to jednak znaczy, że Ewangelię mamy przed sobą? Na co się ta mocna nadzieja ma przełożyć? I kiedy uznamy ją za spełnioną? Czy wtedy, gdy Europa (świat, Polska) wróci do dawnych, „wypróbowanych” modeli i form życia społecznego wykreowanych przez Kościół? Gdy chrześcijaństwo ponownie zdeterminuje kulturę i sztukę, prawo i instytucje państwowe? Czy wtedy, gdy Kościół fizycznie (formalnie) obejmie 100 proc. ludzkości? A wtedy – konsekwentnie – ustanie agresja wobec wszystkiego, co Chrystusowe? Czy owocowanie Ewangelii musi się przekształcić w totalny duszpasterski sukces i zewnętrznie gwarantowaną wolność wyznawania i praktykowania religii?

 

Modlitwa

 

A może nie?!

 

A może chodzi raczej o zbudowaną przede wszystkim na łasce jakość (świętość) indywidualnie i we wspólnocie przeżywanej wiary, która potrafi także w godzinie próby okazać walor świadectwa i „znaku sprzeciwu”? A może chodzi o siłę i wyrazistość znaku – docierającego aż na krańce świata, ale w formie „małej Trzódki”? A może – tak, jak w Apokalipsiewedług św. Jana – dojrzewanie Kościoła w czasie polega na do-pełnianiu się liczby jego męczenników? Mówimy przecież, że przyszła era ewangelizacji. Ewangelizacja zaś – jak pisał jeszcze Paweł VI – za swoje główne narzędzie ma świadectwo, a więc martyrium.

 

A może?

 

A może chodzi o coś jeszcze zupełnie innego? Kto z nas wie, jaki winien być ów „Kościół przyszłości”? Kto z nas odważyłby się myśleć, że Kościół ma się rozwijać według mojego(czy choćby nawet naszego)projektu i tego, co z niego rozumiem? Wiemy przecież, że przyszłość należy do Chrystusa. Także i Kościół należy do Chrystusa. Jest Jego!

Może więc lepiej skupić się na modlitwie? Stanąć w skupieniu przed Nim – próbować razem z Nim czytać „znaki czasu” i Jego wizję tworzonej przez nas wspólnoty. Prosić Go o wiarę i o właściwe rozumienie tego, na czym ona polega.

Wtedy staniemy się na nowo „ludźmi adwentu”: skoro do końca ciągle jeszcze nie wiemy, jak ma wyglądać nasza komunia z Bogiem, skoro do końca nie wiemy, jak ma wyglądać jutrzejszy Kościół, skoro wolimy tych rzeczywistości pragnąć niż redukować je do własnych schematów – skoro tak – to musimy się modlić i czekać. Musimy milczeć i czuwać!

 

GRZEGORZ RYŚ ur. 1964, dr hab., rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie, kierownik Katedry Historii Kościoła w Średniowieczu na Wydziale Historii i Dziedzictwa Kulturowego Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, członek zespołu redakcyjnego „Tygodnika Powszechnego”.

 

Dodatkowe informacje